Reklama
  • Środa, 14 stycznia 2015 (14:41)

    Z kart książek na ekrany

Sfilmowanie przygód bohaterów, których kochają miliony czytelników, jest arcytrudnym zadaniem. Nie zawsze się udaje. Jednak, jak pokazuje historia, mamy się czym pochwalić, gdy zajrzymy do naszej rodzimej kinematografii.

Reklama

Na początku było słowo, potem książka, a potem… serial lub film. Nasza rodzima kinematografia od początku swego istnienia – a więc od roku 1895, gdy Kazimierz Prószyński wynalazł pleograf – sięgała po dzieła wchodzące w skład tzw. kanonu. Być może nadal są wśród nas tacy, którzy pamiętają nieco naiwną, lecz ogromnie wzruszającą „Trędowatą” Edwarda Puchalskiego z 1926 roku. Albo tacy, którzy byli świadkami seansów „Pana Tadeusza” Ryszarda Ordyńskiego z 1928 roku.

Musieliby jednak mieć dzisiaj jakieś sto lat, toteż nawet jeśli istnieją, nie ma ich zbyt wielu. Co ciekawe, scenariusze pisali już wtedy najlepsi – choć ekranizowane historie nie zakładały „mówienia”. To bowiem, czego nieme kino nie potrafiło wyrazić słowem, wyrażało gestami i... piękną grą na fortepianie.

Zawsze najlepsi

Tradycji dobierania najlepszych – reżyserów, scenarzystów oraz aktorów – do pracy nad literackimi dziełami sztuki pozostaliśmy wierni i po wojnie. Do dziś mało jest filmów, które oglądalibyśmy z taką przyjemnością, jak „Matkę Joannę od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza (wg opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza), „Chłopów” Jana Rybkowskiego (wg Władysława Reymonta), „Ziemię obiecaną” Andrzeja Wajdy (wg Władysława Reymonta), „Lalkę” Wojciecha Jerzego Hasa (wg Bolesława Prusa), „Quo vadis” Jerzego Kawalerowicza (wg Henryka Sienkiewicza), „Potop” Jerzego Hoffmana (wg Henryka Sienkiewicza), czy wreszcie lekką, łatwą i przyjemną powieść „dla kucharek” – „Trędowatą” (wg Heleny Mniszkówny), z której reżyser Jerzy Hoffman oraz Elżbieta Starostecka, odtwórczyni tytułowej roli, uczynili arcydzieło.

Było tych perełek zresztą dużo więcej. Co ciekawe, po upadku PRL to właśnie literatura „dla kucharek”, czyli raczej wesoła i z happy endem, zyskała spore grono zwolenników wśród producentów i reżyserów filmowych. Gdyby pokusić się o stworzenie rankingu najpopularniejszych kinowych wyciskaczy łez, na jego czele bez zastanowienia umieścilibyśmy... „Nigdy w życiu!” Ryszarda Zatorskiego.

To właśnie od Katarzyny Grocholi rozpoczęła się moda na polskie komedie romantyczne. Ona zaś spośród wszystkich adaptacji swych dzieł tę pozycję lubi najbardziej... I ma w tej sympatii sprzymierzeńców – ot, choćby odtwórczynię roli polskiej Bridget Jones, Danutę Stenkę, a także towarzyszącego jej filmowego ukochanego Artura Żmijewskiego.

Słynna ekranowa para zagrała też małżeństwo w adaptacji popularnej książki dla młodzieży zupełnie innego kalibru – w „Kamieniach na szaniec” Roberta Glińskiego (wg Aleksandra Kamińskiego). Wracając do Judyty i jej sercowych rozterek, kolejna odsłona jej przygód przyniosła zmiany, które krytykowali fani. Grażyna Wolszczak zastąpiła Danutę Stenkę w głównej roli. – Jako „matka” Judyty, trzymam kciuki za jej rozwój, a prywatnie bardzo lubię Grażynę, jest nie tylko piękna, ale ma piękną duszę – komentowała zamieszanie Grochola.

Na szczęście Wolszczak w „Ja wam pokażę!” również spodobała się widzom. Lubimy się pośmiać i z optymizmem popatrzeć w przyszłość, a ten apetyt zaspokajają lekkie komedie.

Prawdziwe emocje

Filmowcy sięgnęli też po bardziej drapieżne opowieści, m.in. „Wojnę polsko-ruską” Xawerego Żuławskiego (wg Doroty Masłowskiej) i „Wojnę żeńsko-męską” Łukasza Palkowskiego (wg Hanny Samson), w których kobiety walczyły z mężczyznami o swoje racje nie przebierając w środkach. Jednak my coraz bardziej tęskniliśmy za opowieściami o zwykłych ludziach, kochających się bez wychodzenia na barykady.

Prawdziwych emocji dostarczył nam „Tatarak” Andrzeja Wajdy (wg Jarosława Iwaszkiewicza), w którym Krystyna Janda zmusiła nas do wylania morza łez. Czy też opowieść o współczesnych problemach zapracowanych ludzi i głodzie miłości w „Samotności w sieci” Witolda Adamka (wg Janusza L. Wiśniewskiego).

Książkowe opowieści są tak bogate w treść, że stają się idealnym materiałem na serial. Tak też stało się w przypadku „Domu nad rozlewiskiem” w reżyserii Adka Drabińskiego (wg Małgorzaty Kalicińskiej). Miłosne perypetie Basi, jej córki Gosi i wnuczki Marysi w malowniczej scenerii Mazur zdobyły miliony wiernych fanów, którzy z niecierpliwością czekają na ciąg dalszy ich historii w „Ciszy nad rozlewiskiem”. Chociaż obraz filmowy książce nierówny, to szukając dobrej opowieści, warto sięgnąć po adaptacje, możemy trafić na prawdziwe perełki.

MM&NEX

Tele Tydzień

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.