Reklama
  • Środa, 9 października 2013 (10:05)

    Maria Pakulnis: Czuwała nade mną opatrzność

Nieśmiała dziewczyna z Giżycka, z wykształcenia pielęgniarka, została jedną z najjaśniejszych gwiazd ekranu. Maria Pakulnis (57) zdradza „Na żywo”, jakie rygory panowały w liceum medycznym, które ukończyła. Opowiada też, jaki dom stworzyła wspólnie z nieżyjącym już mężem Krzysztofem Zaleskim (†60).

Burt Lancaster twierdził, że aktorami zostają ludzie mający problemy. W ten sposób chcą walczyć z kompleksami albo rozwijać swoje, i tak przerośnięte, ego. A jak było z Panią?

Reklama

Ja byłam chorobliwie nieśmiała. Zbyt zamknięta w sobie, by udzielać się np. w szkolnych teatrzykach, recytować wiersze przed rodziną czy tańczyć. Wybierałam raczej samotne zabawy. Szłam do ogrodu, czytałam jakąś książkę i bawiłam się swoją wyobraźnią. Ogród stawał się łodzią podwodną, inną planetą albo zaczarowanym miejscem. Miałam zostać pielęgniarką, a nie aktorką.

Jednak zawód pielęgniarki nie był Pani pisany. Polonistka dostrzegła, że powinna Pani pójść inną drogą...

Moja kochana polonistka Krysia Drab, odmieniła moje życie. Powiedziała: „Idź, spróbuj spełnić swoje marzenia!”. Jednak jadąc na egzamin do szkoły teatralnej, nie miałam poczucia, że muszę o coś zawalczyć. Pięć lat uczyłam się przecież jak być siostrą miłosierdzia. Liceum medyczne przypominało otwarty zakon. Nie wolno było się malować, sprawdzano, czy mamy obcięte paznokcie. Podczas praktyk w szpitalu przeszłam przez wszystkie oddziały. Uczestniczyłam przy narodzinach, a także przy śmierci.

Po dostaniu się do PWST odstawała Pani nieco od kolegów i koleżanek?

Niewątpliwie się odróżniałam, bo miałam 19 lat, a nadal nosiłam warkoczyk i prosty sweterek wyszywany w kwiatki. Nie wiedziałam, co to znaczy modnie wyglądać. Do tego jeszcze trochę zaciągałam z wileńska, bo moja rodzina stam tąd pochodzi. Byłam dziewczyną z prowincji. Przed podróżą do Warszawy nigdy nie wyjeżdżałam z Giżycka.

Jak poradziła sobie Pani w tym nowym świecie?

Miałam to szczęście, że zawsze trafiałam w swoim otoczeniu na dobrych ludzi. Słuchałam ich rad, słuchałam swoich mistrzów. Wybierałam tych przewodników intuicyjnie. Może Opatrzność nade mną czuwała? A może prowadził mnie dobry anioł. Nie wiem.

Pani mężem był aktor i reżyser Krzysztof Zaleski. Powiedziała Pani kiedyś: „Ten związek zapewnił mi sporą dawkę bezpieczeństwa i nauczył życia”. Na czym to polegało?

Mój mąż był erudytą. Potrafił rozmawiać z każdym, zaczynając od profesora, na dozorcy kończąc. Mieć przy sobie człowieka o tak nieprawdopodobnej wiedzy na każdy temat, było wielką radością. Krzysztof pogłębił moją pasję do teatru, do pracy w zespole. Nasz dom zawsze był otwarty. Kipiało w nim od dyskusji, nocnych „nasiadówek”. Ten dom żył. I nadal żyje, choć Krzysztofa już nie ma.

Po odejściu męża nie trapi Pani myśl o nieuchronności przemijania?

No cóż, życie jest jak jedno mgnienie. Dlatego chcę, aby moje było skromne, ale też chcę je czuć. Staram się być coraz lepszym człowiekiem. Analizuję siebie, poprawiam swoje postępowanie, uczę się na błędach.

Jakie cechy Pani w sobie lubi, a jakich nie?

Nie lubię swojej nadwrażliwości i tego, że niekiedy reaguję zbyt emocjonalnie. A lubię... to samo.

B. K.

Na żywo

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.